czwartek, 4 czerwca 2020

Wsłuchaj się w głos swojego serca, czyli recenzja "Maybe Someday" Colleen Hoover.


TYTUŁ: Maybe Someday
AUTOR: Colleen Hoover
CYKL: Maybe #1
ILOŚĆ STRON: 440
DATA WYDANIA: 13.05.2015
TŁUMACZENIE: Piotr Grzegorzewski
WYDAWNICTWO: Otwarte 


Tej autorki nie trzeba nikomu przedstawiać. Niemal każda z jej książek w krótkim czasie trafia na listę bestsellerów New York Timesa. Można nawet się ośmielić nazwać ją królową gatunku New Adult. Kochana przez wielu, ale niestety kolejny raz przekonałam się, że być może nie jest to typ literatury, który do mnie przemawia.


Maybe someday to drugi mój tytuł CoHo, który miał wiele zalet, ale w moim odczuciu również kilka wad, które koniec końców dały nieciekawy posmak. Ale zacznijmy od początku. Dostajemy po raz kolejny powieść pisaną z dwóch perspektyw. Załamanej, wpadającej z jednej dramy w kolejną, Sydney, która właśnie dowiedziała się o zdradzie chłopaka z jej najlepszą przyjaciółką oraz głuchoniemego mistrza gitary Ridge’a. Jak możecie się łatwo domyślić ta dwójka spotyka się i zakochuje w sobie. Problemem jest to, że Ridge wcale nie jest samotny. Jego obroną może być słynne zdanie: serce nie sługa. Mnie to jednak nie przekonuje.

Całość książki opiera się na wręcz przetrawionym na wszelki możliwy sposób schemacie. Miłość, która nie powinna się zdarzyć. Ale się zdarzyła, ciągnąc ze sobą pewne konsekwencje. Trzy złamane serce na przestrzeni około trzystu stron to było dla mnie zdecydowanie za dużo.
Irytowała mnie główna bohaterka, irytował mnie główny bohater, irytowała mnie dziewczyna głównego bohatera, a reszta postaci była dość… jałowa. Można powiedzieć, że autorka skupiła się wyłącznie na głównej parze, od czasu do czasu dorzucając postać Maggie. Jeśli miałabym streścić fabułę, to byłoby to ciągłe przyciąganie i odpychanie, płacz, żal, chwilowe radości, które koniec końców znów zmieniają się w płacz. Emocje zmieniały się tak często, że nawet nie chciało mi się za nimi gonić. Książkę odłożyłam na około pół roku, po kilkudziesięciu stronach. Wróciłam do niej bez większego entuzjazmu, ale z nadzieją, że coś się rozkręci, że dostanę coś więcej, że bohaterowie dadzą się polubić. Niestety nic takiego się nie stało.

Jedynym elementem fabuły, który wydawał mi się oryginalny, była niepełnosprawność Ridge’a. Uważam jednak, że autorka mogła bardziej ten fakt wykorzystać, zbudować wokół tego głębszą opowieść, niż tylko historię trójkąta miłosnego. Głębia… to dobre słowo w tym kontekście. Zabrakło mi głębi.

Czy sięgnę po jeszcze jakąś książkę od tej autorki? Jeśli akurat nie będę miała nic z moich książek, które muszę przeczytać, być może. Jednak na pewno nie wejdzie ona w listę oczekujących na przeczytanie. Lektura dla przyjemności, czemu nie, wiem jednak, że prawdopodobnie nie znajdę tam tego, co mnie przy lekturze porywa albo przynajmniej nie irytuje.

1 komentarz: